Tatry: Wołowiec i Trzydniowiański Wierch, zima już nie w kalendarzu ale piękny śnieg. Rohacz Ostry i Płaczliwy w tle

24.03.2017
Dolina Chochołowska parking – Trzydniowianski Wierch – Dolina Chochołowska - schronisko

25.03.2017
Dolina Chochołowska - schronisko (5:15) - Wołowiec (9:15) - Dolina Chochołowska - schronisko (13:15)

Wyjazd w towarzystwie Wojtka. Od parkingu szliśmy w ślimaczym tempie klnąc na gminę Witów która robiąc tzw. zrywkę drewna zabłociła drogę i pół lasu pozostawiła w koleinach. Wraz z osiągnięciem śniegu było już normalnie – górsko. Szliśmy w mlecznej i wilgotnej mgle. Nie spiesząc się zbytnio – miałem nadzieje że przed zachodem słońca mgła się choć na chwile rozwieje. Wojtek opadał z sił a zapadał się w śnieg częściej i głębiej niż ja. A nie był to przyjemny gatunek śniegu - tylko ciężki i przepadający. Wpadało się regularnie do pasa – skręcając niejednokrotnie stawy w więżącej nogi, a będącej pod śniegiem kosówce.

Trzy Kopy z balonem - fot. Lesław Obłój
Trzy Kopy 2136 m n.p.m. z balonem nad Tatrami

Już pod szczytem zobaczyłem lekko prześwitującą poświatę – czerwonawą – bardzo, bardzo nisko na zachodzie. To mi dało do myślenia o tyle że osiągnąwszy szczyt natychmiast spojrzałem na godzinę – dochodziła 18. A więc noc. Dziś już widoków nie będzie. Zdecydowałem nie iść przez Jarząbczą Dolinę, co uprzednio planowałem, bo nie sposób w ciemnościach ocenić warunków śniegowych panujących w żlebie. A bywa on niebezpieczny lawinowo.

Rohacz Płaczliwy z balonem - fot. Lesław Obłój
Rohacz Płaczliwy 2125 m n.p.m.
kontynuacja serii z balonem nad Tatrami

Więc powrót po śladach. Co i tak nie było prostą sprawą. Dużo musiałem czekać na Wojtka któremu szło się jeszcze gorzej niż na podejściu – głównie przez śnieg. Światło czołówki rozpraszało się na mgle i tylko pamięć dopiero co przebytej drogi (i „wąchanie śladu”) pomagała w orientacji. W odpowiedniej chwili zdjęliśmy raki i długim dupozjadem przy świetle czołówek osiągnęliśmy dolne partie lasu. To był bardzo nastrojowy moment i emocjonujący. W Tarach zjechałem w podobny sposób w zasadzie z wszystkiego z czego można było ale w nocy to był pierwszy raz. Schronisko osiągnęliśmy tuż przed 20-stą ledwo zdążywszy kupić ostatnią zupkę. Zdjeć z tego dnia nie ma bo czekałem na wyśmienite warunki a nadeszła ciemna i mglista noc...

Rozległy widok z Wołowca - fot. Lesław Obłój
Rozległy widok z Wołowca
na Tatry Wysokie i na Tatry Zachodnie

Noc raczej ciężka bo pokój wieloosobowy wypełniony mocno chrapiącą ekipą raczej grubych chłopów, którzy pili do późna. Zaś kocyki które tam dają do przykrycia dobre byłyby dla mojej córki bo dla syna już za krótkie. Ale co tam, miałem nadzieję na wschód słońca na Grzesiu i widoki coś tak jak tu: (Wołowiec wejście zimowe – ze wchodem słońca na Grzesiu - odnośnik do opisu) . Ale we dwójkę zebrać się to jednak dużo wolniej niźli samemu. Pogoda była, co tu mówić - Hawaje. Słońce cały czas, ale lekki wietrzyk i mróz. Szło się wyśmienicie. Widziałem że Wojtkowi idzie się dużo gorzej, ale to łatwa trasa i bezpieczna więc nie poganiałem szedłem po swojemu czekałem czasem w końcu widziałem go tylko z daleka. Byliśmy jednak zmęczeni po wczorajszym. Ja osobiście dziwię się iż udało mi się jakoś w tych górach iść bo czułem się przed wyjazdem tak słaby że na 1 piętrze już dyszałem. Jednak góry leczą!

Trzy Kopy z balonem - fot. Lesław Obłój
Rohacz Ostry 2088 m n.p.m. Rohacz Płaczliwy
na szczycie Rohacza Ostrego stoi pierwszy dziesiejszy jego zdobywca.
Widoczny na pierwszym planie Słowak czeka na kolegę i za chwilę ruszą na Rohacze.

Na Wołowcu zrobiło się dopiero zimno bo wiało mocniej. Czekałem na Wojtka 1,5 godziny w końcu doszedł SMS że wraca z Rakonia. Ja miałem w planie Ostrego Rohacza. W końcu odpuściłem, a bo: po pierwsze straciłem 1.5 godziny dobrego śniegu marznąc na Wołowcu. Później słońce śnieg jednak podtapiało co dało się odczuć bo podszedłem trochę w kierunku mego niedoszłego celu na rekonesans. Nie na darmo była 3 lawinowa, a interesująca mnie ściana Rohacza jest w słońcu od pierwszych jego promieni. Nie miałem czekana, a Wojtek który go dźwigał jakby schodził w dół. Trochę też nie byłem w super formie szczególnie po wczorajszym dniu i nocy. A nade wszystko, góra jakby wcale na mnie nie machała – nie chciała mnie. Podobnie jak Jarząbczy Wierch. Na osłodę niby miałem wracać tamtędy. Ale też nie ciągnęło mnie jakoś. Trzeba wierzyć w intuicję.

Trzy Kopy  - fot. Lesław Obłój
Trzy Kopy 2136 m n.p.m.

Około godziny 11 zeszła duża lawina z grani Jarząbczego Wierchu. Nawet Topr szukał tam kilkunastoosobową ekipa ratowników z psami lawinowymi ewentualnej ofiary. A Pogotowie wezwał jeden z kolegów spotkanych pewnie uprzednio na Wołowcu bo kilku ludzi rozważało pójście przez Jarząbczy. Okazało się że jeden widział drugiego . Później widział lawinę a człowieka już nie ... i zaalarmował Topr. Ratownicy jednak nikogo w lawinisko nie odszukali. Ja bardzo się nie spiesząc (bo i do czego) zszedłem w już teraz ciężkim przepadającym śniegu do schroniska. W schronisku istny szał setki ludzi, bo to wiadomo mit krokusów na Polanie Chochołowskiej... Aby coś kupić do jedzenia należało wyjść z pokoju dopiero koło 16...

Rzut oka na trasę i trzeba się zbierać - fot. Lesław Obłój
Rzut oka na trasę i trzeba się zbierać

Rano powrót. A pogoda była jak dla mnie idealna. Bo duży mróz i takiż wiatr. Pędzące chmury na wysokości około 1300m, tu i ówdzie niebieskie niebo bo i słońce świeciło. Idealne warunki na zdjęcia. Ale musieliśmy wracać. Całą drogę oglądałem się za siebie i nie mogłem ukryć złości i żalu iż wczoraj taka uczta się nam nie trafiła. Zdjecia są wyśmienitej jakości technicznej, dane mi było zabrać na tą wycieczkę aparat Sigmy z doskonałym obiektywem. Ale temu może będzie okazja poświęcić dłuższą opowieść.

© 2007-2017 Lesław Obłój