Niezwykle dawno nie byłem w górach. A tu, jak często pojawiajace się w kontekście szansy górskiej pierwsze od dawna złe samopoczucie po cięzkim tygodniu z jakimś wirusem w rodzinie. Dodatkowo ostatnio ostro się przetrenowałem. Ale w góry w zimie zawsze jadę jak tylko jest okazja. Ostatnio co prawda bardziej pomimo...ale. Wyjazd przed 6 rano z Jackiem z Rzeszowa. Miałem w planie powtórzenie jednego z klasycznych kółek bieszczadzkich z jesieni z przed kilku lat (Z Ustrzyk Górnych - przez Połoninę Caryńską i Rawki, leśnym szlakiem do Ustrzyk Górnych) .
Na parkingu w Ustrzykach Górnych dało się odczuć lekki mrozik (chyba około -5 stopni Celsjusza) i w lekkim wiaterku wirowało kilka płatków śniegu. Zaś na niebie w pięknym świetle pędziły chmury. Szkoda tylko że mnie tam wyżej jeszcze nie ma. A dostać się tam łatwo nie było, bo juz kilkadziesiąt metrów od parkingu wystąpił spory problem: brakło mostu nad potokiem...
Poszukiwanie dogodnego brodu nie przynisło rezultatu. Trzeba było się cofnąć do dużego mostu w ciągu drogi asfaltowej - tam przekroczyć rzekę i iść wzdłuż niej. Niestety nie dało się tego z powodzeniem przeprowadzić, bo dopływ potoku okazał się zbyt szeroki. Wróciliśmy do miejsca po mostku na normalnej lini szlaku. Rozebrałem buty i na boso przeszedłem rzekę. Jacek przeszedł w butach. Ja nie miałem ze sobą butów membranowych, za to dobre buty na mróz i śnieg. Przemoczenie których było by dopraszaniem się problemów w dalszej wędrówce.
Straciliśmy na tym wszytkim sporo ponad godzinę i juz było wiadomo że będzie trudno paln zrealizować . Las w pięknej szacie, śnieg z początku ledwie kilkanaście centymetrów pod butem, stawał sie coraz bardziej dokuczliwy z uwagi na zwiększającą się jego ilość i konsystencję. Ale to tylko podkreślało piękno pory roku.
Po wyjściu z lasu zrobiło się już konkretniej w pogodzie. Była zima jak trza! Wiatr, śniegowa pustka. Widoczność do 50 metrów. Zimno. Na Połoninie wiało mocno - choć nie na tyle aby zdmuchnąć nas niżej. Ale wiatr był dotkliwy zwłaszcza że smagał ostrymi kryształkami śniegu. Brnięcie w zaspach też nie było ułatwieniem...Za to było bardzo zimowo górsko. Zimno. Szkoda tylko braku widoczności.
Do Przełęczy Wyżniańskiej zjechałem na butach - telemarkiem - bardzo szybko, zwłaszcza ża Jacek zjechawszy na dupie ubił mi ładną rynnę...
Dlatego że Jacek nie chciał jechac całej trasy do Rzeszowa po ciemku Rawki sobie podarowaliśmy. Odcinek asfaltem a raczej białą drogą ubitego śniegu pokonaliśmy w szybkim tempie. Krótka wycieczka ale z niecodzienną przygodą na początku i zimowym smakimem. Do następnego razu...