Historia dramatu Marty Herdy - Polki odsiadującej w irlandzkim więzieniu karę dożywotniego pozbawienia wolności. Niesłusznie, bo wszystko na to wskazuje iż zbrodni za którą ją skazano nie popełniła. Swemu stanowisku w wzminakowanej sprawie dałem wyraz w tym artykule, bądącym jednocześnie apelem o pomoc dla Marty

Tego typu teksty zwykle nie pojawiają się w moim serwisie. Tym razem jednak z uwagi na znacznie sprawy, postanowiłem także i w ten sposób wesprzeć i spopularyzować tą bardzo ważną, palącą wręcz inicjatywę. Aby podkreślić dodatkowo moją identyfikację z opisywanym zagadnieniem postanowiłem zachować układ i grafikę strony tak jak w przypadku mojej zwykłej twórczości.




Marta Herda - obraz
autor: Marta Herda - obraz namalowany w więzieniu

Właśnie dowiedziałem się o dramacie jaki przeżywa moja rodaczka Marta Herda. Swój koszmar przeżywa w irlandzkim więzieniu. Wyobrażam sobie iż Ona sama jak i jej bliscy gdzieś w tyle głowy słyszą złowieszczy chichot losu i historii, jako że Irlandia jawiła się im pewnie jako zielona wyspa szczęścia. Zaś inspirująca historia polityczna i kulturowa tego kraju, mity i podnoszone przez niektórych pokrewieństwo (mentalne ? duchowe ?) z Polską zbudowały właśnie taki – pozytywny, a nawet przyjazny obraz.
W tym kontekście nie dziwi iż młoda przebojowa dziewczyna zdecydowała się na śmiały krok. Opuściła swoje rodzinne strony aby zdobyć doświadczenie życiowe i zarobić pieniądze. Właśnie tam !
W tej chwili zamiast owe, tam zdobyte doświadczenia przełożyć na powodzenie w życiu - tu w Polsce, gnije w więzieniu. Jak wierzę niesłusznie skazana, bo za zbrodnię której jak ufam nie popełniła. Rzecz jest niezwykle poważna, ponieważ wyrok brzmi: dożywocie, więc przywołany na wstępie chichot, to jest chichot diabła - tu skrzeczy iż marzenie o Irlandii „spełniło się” i to z gorzką nawiązką. Osobiście nie znam ani Marty (niech mi będzie wolno pisać w takiej bezpośredniej formie) ani jej rodziny. Poruszyła mnie tylko ta historia. Wzburzyła i przynagliła do działania.
Poszukując dodatkowej informacji natrafiłem na stronę Pomoc dla Marty . Gdzie są zebrane obszerne informacje traktujące o tej sprawie. Korzystałem też z forów dyskusyjnych Polonii z Wysp Brytyjskich, a także z innych źródeł internetowych zawierających wywiady z Martą czy jej rodziną.



Opis wydarzeń

Przedstawię tu krytyczną wersję wydarzeń, którą udało mi się wyekstrahować z dostępnych źródeł pisanych i multimedialnych. Jednak postaram się aby była wnikliwa stosownie do powagi sprawy, obiektywna i rzetelna a zawierała jedynie fakty powiązane z sednem całej sprawy. Pogrubioną czcionką przytoczę fakty bezsporne. Moje spekulacje i komentarz pochyłą. Z wszelkich informacji które udało mi się znaleźć jawi mi się taki obraz:

18 letnia Marta wyjeżdża z Polski do Irlandii. Nie ma w tym niczego dziwnego, pojawiły się takie możliwości, to z nich skorzystała. Człowiek w tym wieku jest żądny przygód, pragnie także poczuć się samodzielny, samowystarczalny. Sprawdzić się na wszystkie możliwe sposoby. To próg życia dorosłego z całym bagażem ideałów, lęków, ale i z depozytem odwagi, optymizmu i przebojowości. Praca za dobrą płacę, przy niewygórowanych potrzebach własnych, pozwoli też zaoszczędzić sporo pieniędzy. Do Polski wróci bogata w doświadczenie, znając język angielski i mając fundusze na niezły start do dalszych wyzwań. Świetny plan !
W Irlandii „zawodowo” wiedzie się jej bardzo dobrze. Pracuje sumiennie, uczy się języka, awansuje. Zamierzenia udaje się jej wcielać w życie. Myślę że owo powodzenie może wynikać z jej otwartego charakteru, umiejętności odnalezienia się w grupie, adaptacji do nowych warunków i pracowitości.
Irlandzka przygoda Marty trwa dobre kilka lat. Stopniowo wtapia się w tamto środowisko. Żyje pewnie typowym życiem młodej emigrantki. Wydaje się jednak iż nie wiązała swej przyszłości z tamtym krajem, chciała w końcu wrócić do Polski. Lubiła za to patrzeć na wschody słońca nad morzem. Może więc, bez szkody dla praktycznego podejścia do życia w głębi swego jestestwa: artystyczna i romantyczna dusza. W wiezieniu maluje, ujawniając uśpiony talent plastyczny, to by potwierdzało poniekąd ten tok myślenia. Świadczyło by to także o dużej wrażliwości. Mało kto po ciężkiej pracy szuka odprężenia w oglądaniu wschodów słońca.
W Marcie zakochuje się węgierski Cygan. Nic normalniejszego pod słońcem. Młoda śliczna dziewczyna, samodzielna, przebojowa, pracowita, troskliwa. Któż wie jakie walory jeszcze w niej dostrzegł. On także młody i samotny. Z resztą zakochanie rządzi się swoimi prawami, w których aspekt racjonalny nie jest najważniejszy. Ktoś powie, że może dała mu z początku przyzwolenie, może się bawiła w pewien sposób – grała, kokietowała. Mogło tak być, choć z drugiej strony trudno jest powiedzieć na ile ewentualne nieporozumienia mogły wynikać z niezrozumienia kulturowego, na ile z prób samosprawdzenia swojej atrakcyjności jako kobieta, w niezobowiązującym flircie, a na ile z naiwności i niedojrzałości.
Faktem jest zaś to iż Marta nie odwzajemniała uczuć swego adoratora. Czy tak było od początku, trudno powiedzieć. Ich znajomość trwała 2 lata i mogła przechodzić różnorakie fazy. Na pewno jednak w bezpośredniej bliskości dnia wypadku Marta była pewna swego wyboru i jasno go komunikowała. Może wcześniej, nie umiała mu tego powiedzieć w sposób zdecydowany i jednoznaczny, może się wahała? Powody mogły być podobne do tych które wymieniłem w poprzednim akapicie i pewnie takie były. Może też przestraszyła się ewentualnych konsekwencji dalszego rozwoju sprawy?
Prawdopodobnie nie był to dobry czas i okoliczności na poważny związek. Mogła myśleć podobnie. Możliwe jest także iż do pewnego czasu ich znajomość miała jednak charakter związku, albo przynajmniej zalążek owego. Oboje zaś pogubili się w oczekiwaniach, co do tempa, intensywności i perspektyw owej znajomości. Dodatkowo, można założyć iż jest to porządna dziewczyna, nie szukająca przelotnych przygód w tej dziedzinie życia. Oczywiście nie ma to większego znaczenia, w kontekście sedna sprawy. W końcu póki co nie próbujemy kanonizować Marty, tylko uwolnić ją z więzienia.
Co do charakteru związku Marty i Casbo warto jak myślę dodać jedną refleksję. Analizując różne źródła odniosłem wrażenie iż początkowo w swych wypowiedziach (może i zeznaniach) Marta jakby ukrywała rodzaj i intensywność kontaktów z Csabą. Tak jakby miała coś w powiązaniu z tym do ukrycia. Robiła to jednak nieudolnie, więc wygląda to na działanie pozbawione premedytacji. Chcę przez to napisać (jeśli tak było) że mogła sobie tym napytać biedy. Mogło bowiem to być odczytane jako nieszczerość. Na pewno jednak nie ma to związku z oskarżeniem i nie chodzi o to iż bała się, że może to doprowadzić kogoś do odkrycia jej morderczego zamiaru. Mógł to być jakiś rodzaj wstydu przed rodziną, czy oporu przed wyjaśnianiem zawiłości tych relacji. W każdym razie wyczuwam w kilku szczegółach jakieś przemilczenia. Wydaje się iż Marta przecież nie mając pojęcia do czego doprowadzi ją ten wypadek pomyślała że to są jej osobiste sprawy (nieistotne w kontekście meritum) i nie mające związku z owym tragicznym zdarzeniem… i nikomu nic do tego, a już na pewno nie mediom czy Gardzie. Dlatego wypowiadała się oględnie, zachowując intymne szczegóły dla siebie. Tak bym to mógł zrozumieć.


Marta Herda - obraz
autor: Marta Herda - obraz namalowany w więzieniu

Zaloty admiratora stawały się natarczywe i szalone. Tak bywa z zakochaniem. Z pewnością nie ma potrzeby przywoływać obrazów intensywności takich przeżyć. Niespełniona miłość w połączeniu z niezrównoważonym charakterem (być może Csaba taki miał) w zupełności wystarczy do takiego zachowania. Dodatkowo warto zwrócić uwagę iż chłopak był Cyganem, zaś w tej kulturze nieakceptowane z naszego punktu widzenia zachowania (szczególnie w relacjach damsko-męskich) mają przyzwolenie tamtejszej społeczności.
Z sylwetki widać iż ćwiczył na siłowni. Może zażywał ryzykowne substancje, które także mogły powodować problemy hormonalne i mentalne. To wszystko razem w połączeniu z normalnymi potrzebami – szczególnie młodego mężczyzny powodowały iż mógł się czasem wydać niebezpieczny i nieprzewidywalny. Trudno spekulować czy groził dziewczynie, czy szantażował ją emocjonalnie sugerując targniecie się na swoje życie, lub wyrządzenie jakiejś krzywdy komuś innemu. Albo dokonanie innego szalonego i niebezpiecznego czynu. Słał na pewno mnóstwo SMS'ów, dzwonił natarczywie, nagabywał, próbował kontrolować znajomości Marty, urządzał jej awantury.
Niewątpliwie więc jednak w końcu za pewne i Marta zdała sobie sprawę z tego iż to co z początku możliwe iż zignorowała zaczyna stanowić realny i dojmujący problem. Inna sprawa jak się zabrała do jego rozwiązania. We fragmentach książki Marty jest napisane iż była na jego urodzinach, kontaktowali się więc intensywnie na płaszczyźnie towarzyskiej. Taką postawę zakochany facet mógł odczytać jako jakąś tam nadzieję, czy może zachętę do dalszych starań. Nie ma w tym oczywiście winy Marty, bo można przypuszczać, że chciała go po prostu traktować normalnie – przyjaźnie - jak innych swoich znajomych.
Z jej zapisków i relacji siostry w jednym z reportaży wynika iż Marta nie odczuwała wrogości w stosunku do Csaby. Wręcz się o niego bała i wyczuwam iż poczuwała się w pewnym stopniu do odpowiedzialności za niego. Może z powodu nieuświadomionego poczucia winy iż nie odwzajemnia jego afektu, wysyłając uprzednio niejednoznaczne sygnały, może z powodu swojego charakteru.
Ważnym i wartym wyraźnego podkreślenia jest ów brak uczuć negatywnych w stosunku do Csaby. Z relacji matki wiemy iż, gdy Marta dowiedziała się, że koledzy chcą pobić Csabę aby się od niej odczepił. Tylko natychmiastowy, zdecydowany i jednoznaczny sprzeciw Marty uratował chłopakowi zdrowie. Analizując historię znajomości Marty i Csaby odniosłem wrażenie że Marta z początku cieszyła się z tych kontaktów. Widziała w nim pewne oparcie, może nawet przyjaciela, albo zalążek przyjaźni. Jednak w oderwaniu od związku typowego dla mężczyzny i kobiety. Csaba widział to jednak inaczej.
Myślę że bez problemu dało by się zebrać zeznania grupy młodych ludzi którzy wtedy wspólnie tam się spotykali i razem pracowali. Relacje potwierdzające podane powyżej tezy, bądź nawet rozbudowujące je o nowe ważne elementy. Potwierdzić podany powyżej tok myślenia mogły by także zeznania brata Csaby który niejednokrotnie ponoć pomagał w uspokojeniu zapędów swego brata – na wyraźną prośbę Marty.
W kluczowy dla sprawy dzień,

wcześnie rano Marta dzwoni do Csaby (26.03.2013 ) to może budzić pewne emocje. Można by zadać pytanie: po co dziewczyna która nie chce znać chłopaka dzwoni do niego przed 6 rano? Może jednak wyjaśnienie proste i szczere jest najlepsze, bo prawdziwe: Zeszłego wieczoru ponoć Csaba był w niezwykle złym stanie psychicznym. Wygląda na to iż podczas rozmów z Martą zdał sobie sprawę (po raz kolejny?) że Marta definitywnie odrzuca go jako swego chłopaka. Z bilingów (informacja na stronie pomocdlamarty.pl) wynika iż w dzień poprzedzający wypadek i wcześniej kontakty telefoniczne Csaby z Martą były niezwykle intensywne. Miały miejsce właściwe o każdej porze dnia i nocy. Stąd nie dziwi ta wczesna pora telefonu od Marty do niego. Wspomniany fakt w połączeniu z innymi także tu przytoczonymi wskazywał by jednak na to iż związek Marty z Csabą wykraczał poza zwykłe koleżeństwo naznaczone nagabywaniem z jego strony. (Myślę że nie można tego łatwo uprościć do takiej formuły) To tłumaczyło by jeszcze i na ten sposób troskę Marty o swego byłego?, niedoszłego? chłopaka.
Wróćmy do owego poranka. Dopiero co odbyte rozmowy Marty z Victorem (wspólnym znajomym) mogły też wnieść nowe fakty do kwestii oceny samopoczucia i zamiarów Csaby. Wygląda więc na to iż Marta jednak poważnie martwiła się o swojego adoratora. Pamiętajmy, że to iż nie chciała go jako partnera, narzeczonego, męża, nie oznacza że go w jakiś tam sposób nie lubiła. Może jak już sugerowałem wcześniej, łączyły ich jakieś wspomnienia wspólnie spędzonych lepszych chwil, kiedy żadna z dróg rozwijających znajomość nie była zamknięta? W każdym razie, z pewnością chłopak nie był jej obojętny! Jak sugeruje jedna z wypowiedzi mglistym powodem telefonu do Csaby była prawdopodobnie też troska o Victora – wspólnego znajomego, który to mając osobiste problemy „sercowe” szukał u Marty wsparcia i okazji do zwierzeń. Owszem próbowała dzwonić do Victora, jednak jego telefon nie odpowiadał. Stąd może i telefon do Csaby. Może Csaba i Victor mieszkali razem? Tego nie wiem. Ten dodatkowy powód jest moim zdaniem dość mało przekonywujący, być może trochę na uboczu głównego nurtu, ale może też być poniekąd powiązany i to w ważnym aspekcie sprawy (rozważę to nieco później). Nie można go więc całkiem wykluczyć. Można by tu wiele jeszcze napisać, bo dzień i wieczór poprzedzający tragiczne zdarzenie był bogaty w wydarzenia, nawet tak nietypowe jak zmiana pokryć foteli w samochodzie Marty - założyła nowe skórzane pokrowce. Faktem jest iż po tych wszystkich perturbacjach Marta zapragnęła się odprężyć. Nie, nie kupiła sobie butelki Whisky aby się zalać.

Pojechała w kierunku plaży, aby pospacerować i podziwiać wschód słońca (jeśli będzie widoczny). To był zwykły i skuteczny sposób na stres, który Marta praktykowała od lat. (dzwoniła nie raz do mamy o „nieprzyzwoitych” porach - właściwych dla wschodu słońca aby się podzielić swoim zachwytem nad przyrodą) Potrzebowała odprężenia. Myślę że można zrozumieć iż zatelefonowała do Csaby właśnie w tej chwili po to aby pozbyć się złych przeczuć, które przeszkadzały by jej w odpoczynku nad morzem. Może chciała mu coś dopowiedzieć i oczyścić myśli. Tak rozumując można bez trudu zaakceptować fakt i okoliczności zatelefonowania do chłopaka właśnie w tym momencie.
Po drodze wsiadł do jej samochodu Csaba. Może się rodzić słuszne pytanie skąd się przypadkiem znalazł około 6 rano na drodze jej samochodu?
To ważna sprawa. Muszę przyznać iż pojawia się kilka lekko różniących się wersji wyjaśnienia tej sytuacji. W jednej z nich Marta tłumaczy to tak: Droga wiodąca na plażę przebiega koło domu w którym mieszkał Csaba. A że podczas rozmowy telefonicznej z Martą usłyszał iż dzwoni z samochodu. Skojarzył fakty i wybiegł aby złapać ją po drodze i tym samym uzyskać szansę na spotkanie. O gwałtowności takiego działania może świadczyć fakt iż drzwi do domu Csaby nie były zamknięte. W kontekście szaleńczego już stanu - nieszczęśliwego zakochania, takie postępowanie można zrozumieć. To był czas kiedy już Csaba, jak wynika z relacji kolegów nie mógł jeść i spać. Spotkanie ukochanej było więc jak tlen, jak pokarm i sen w jednym pakiecie. Tak to przecież działa! Dalej opierając się na relacji Marty: Csaba wymusił zabranie do samochodu, mając jakoby coś niezwykle ważnego do zakomunikowania. Może Marta miała nadzieję iż wreszcie uda się jej jakoś sprawę załagodzić na dobre, że ich relacje wrócą do normalności. Że to jakiś przełom. (Marta twierdziła że dla atmosfery w pracy było by dobrze aby ich relacje były przyjacielskie.) Ktoś powie naiwne i mało prawdopodobne. Może i naiwne ale szczere i prostoduszne. Z resztą nawet brak ochoty na dramatyczną scenę na środku drogi, na oczach sąsiadów i to przed 6 rano byłby już wystarczającym powodem wyjaśniającym zabranie chłopaka do środka.
Gdy samochód ruszył Csaba zaczął zachowywać się nad wyraz gwałtownie, krzyczał coś po angielsku i po węgiersku, szturchał ją, wyzywał. Jak opisywała Marta, miał nienawiść w oczach, czego wcześniej nigdy u niego nie widziała.
To podsuwało by dalsze spekulacje: albo wezbrały i uzewnętrzniły się w nim wspomniane już wcześniej wydarzenia z poprzedniego popołudnia i wieczoru (odrzucenie przez Martę) albo wydarzyło się coś jeszcze. Pamiętajmy, że Marta spędziła kawał poprzedniej nocy z Victorem (chodzi o wspomniane zwierzenia i pewnie próbę psychologicznej pociechy ze strony Marty, oczywiście teoretycznie mogli robić tej nocy co chcieli... zaś w pobudzonej wyobraźni Csaby z pewnością mogły zrodzić się na tej kanwie skrajne podejrzenia). Może Victor coś zasugerował koledze (Csaba i Victor byli Węgrami). Tego nie wiem, to jedynie śmiała hipoteza, ale dobrze tłumacząca szczególną, nienotowaną wcześniej gwałtowność Csaby. Może warto było by o ten wątek zapytać Victora?
Warto dodać natomiast iż Csaba śledził Martę tej nocy. Dziewczyna widziała jego samochód zaparkowany przed domem.
Wracając jednak do wydarzeń owego poranka. Na pewno zobaczywszy chłopaka w takim stanie, dziewczyna zaczęła się go bać i nie chciała już jechać na plażę. Gwałtownie zawróciła i ...

Wpadli samochodem do wody przebijając barierkę. Tam było coś w rodzaju nadbrzeża połączonego z kanałem portowym, wszystko to odgrodzone od jezdni cienką barierką – zbyt słabą jak się okazało.
Po jakimś czasie. Marta wydostała się z wody po falochronie, próbowała zawiadomić kogoś o wypadku, pobiegła do domu. W szoku Marta prosiła (spotkaną Gardę) o pomoc dla Csaby. Pomoc okazała się bezskuteczna - Csabę odnaleziono wyrzuconego przez morze w pewnym oddaleniu od miejsca wypadku. Zgon nastąpił przez utonięcie.

Marta Herda - obraz
autor: Marta Herda - obraz namalowany w więzieniu

Wygląda na to iż cudem uniknęła śmierci. Bardzo trudno obiektywnie odtworzyć przebieg zdarzeń w samochodzie. Nie zachowały się nawet zapisy z monitoringu ulicznego mogące potwierdzić przynajmniej zachowanie się i wygląd samochodu od zewnątrz – podczas tamtej jazdy. Ponoć zostały usunięte, to wielka szkoda, bo pozwoliły by prawdopodobnie dać odpowiedź na wiele fundamentalnych (w kontekście argumentów oskarżenia) pytań.
Spróbujmy więc choć teoretycznie przeanalizować tamtą sytuację: Samochód prowadzi filigranowa dziewczyna, koło niej siedzi 100 kg osiłek. Siedzi? A może raczej nachyla się nad nią, łapie ją za rękę, nogę, kierownicę, krzyczy, szarpie. Oboje są niewyspani, psychicznie wyczerpani trudnymi wyborami które dokonały się zeszłego wieczoru. W takich warunkach nie da się prowadzić samochodu - jazda staje się niebezpieczna. Kierowca zaczyna się bać napastnika. Postanawia więc uciekać. Jak to zrobić? A no najpewniej zawieść go do domu do brata ,który zawsze umiał się nim zająć w kryzysie. Dlaczego po prostu nie zatrzymała samochodu i nie uciekała pieszo? Moim zdaniem odpowiedź jest bardzo prosta. Po pierwsze, uciekać przed kimś znacznie sprawniejszym i silniejszym jest bez sensu, po drugie okolice portowe to miejsca nieuczęszczane i taka ucieczka nic by nie dała, bo nie miał by kto ją ewentualnie obronić. Zaś najważniejsze moim zdaniem jest inne wyjaśnienie: Marta nie chciała aby Csabie stała się jakaś krzywda, a to z ramienia wymiaru sprawiedliwości czy kogoś postronnego, czy nawet jego samego. Wiedziała że jest w ciężkim kryzysie i chciała jakoś o niego zadbać, stąd myślę że powrót na osiedle na którym mieszkali był iście salomonowym rozwiązaniem.
Tym czasem coś się wydarzyło w samochodzie. Może Csaba szarpnął Martę, może też z innych powodów nie opanowała pojazdu. Tak czy owak samochód przebił barierkę i spadł z wysokości w wodę.
To co się wydarzyło dalej to największa z tajemnic i trudna do rozwiązania. Na pewno oboje walczyli o życie i wydostali się z samochodu. Marta przeżyła, Csaba nie. W toku śledztwa pojawił się wątek próbujący tłumaczyć utonięcie Csaby brakiem umiejętności pływackich. Prawdę mówiąc wydaje się dziwne, iż wysportowany młody człowiek w tych czasach nie umie pływać. Zwłaszcza, że mieszka nad morzem. Nieco więcej światła rzucił na ten aspekt list, który ktoś przysłał rodzinie Marty. Autorka tego listu rozpoznała Csabę, twierdząc że razem pracowali na statku. Wyjaśniając iż nie ma możliwości żeby kelner pracujący na morzu nie umiał pływać - brak umiejętności pływackich wykluczył by go z takiej pracy. Moim zdaniem nie ma poważniejszego związku między utonięciem w takim wypadku a umiejętnością pływania. Myślę że ekspert bez trudu udowodnił by iż nagłe wpadnięcie do wody o takiej temperaturze jaką wtedy miała, w dodatku poprzedzone upadkiem i cały czas będąc w szoku powoduje iż umiejętności pływackie mają niewielkie znaczenie. Jeśli by ktoś był wytrenowanym nurkiem, najlepiej jaskiniowym, to miałby sporą przewagę. Bo ma doświadczenie z pływaniem w niskiej temperaturze i mętnej wodzie, potrafi wytrzymać na bezdechu dłużej niż przeciętny człowiek. Normalny pływak rekreacyjny ma przewagę tylko nikłą. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że upadek z wysokości mógł spowodować chwilową utratę przytomność czy jakąś drobną kontuzję, szczególnie u cięższego i wyższego jego uczestnika. To iż wystąpienie kontuzji u cięższego człowieka jest bardziej prawdopodobne wynika z fizyki, F=m*a, gdzie „F” -siła, „m”- masa, „a” przyspieszenie. W tamtym samochodzie, w chwili upadku Csaba (będąc dwukrotnie cięższy) był poddany dwukrotnie większym przeciążeniom jako że miał masę dwukrotnie większą niźli Marta. Trudno jest określić czy wpływ tej siły w dostatecznym stopniu był skompensowany u niego przez większą masę mięśniową ,a jeśli tak to w jakim stopniu.
Sąd zwrócił uwagę (chyba na podstawie śladu hamowania) na to iż w samochodzie był użyty ręczny hamulec. To jak rozumiem miało udowadniać rzekomą walkę chłopaka o zatrzymanie "morderczego" samochodu w celu uniknięcia wpadnięcia do wody. Jeśli tak to mnie to dziwi ogromnie. Bo facet postury Csaby odkrywszy morderczy zamiar kierowcy powinien walczyć o życie znacznie bardziej przekonywująco niłźi jedynie zaciągajac ręczny. Moim zdaniem, po pierwsze nie wiem skąd pewność iż hamulec był zaciągnięty przed wjechaniem do wody? Po wtóre, może hamulce zasadnicze źle działały, a może chcieli dodatkowo przyspieszyć zatrzymanie pojazdu? W chwili paniki jaka ich ogarnęła w tym momencie mogło się zdarzyć wszystko. Ale według mojej oceny z całą pewnością nie ma żadnego znaczenia kto pociągnął za ów hamulec (jeśli w istocie pociągnął). Przecież logicznym jest iż oboje chcieli uniknąć tego wypadku. Gdyby nawet to Csaba go zaciągnął to by dowodziło tylko iż próbować ocalić ich oboje nic poza tym. Nie sposób, moim zdaniem z faktu zaciągnięcia hamulca wysnuć innych wniosków jak ten iż chicano zatrzymać samochód. A dlaczego chicano? A bo jechał za szybko, a bo zbliżał się do przeszkody... Ten wątek moim zdaniem nic nowego nie wnosi. Użycie hamulca wynika z techniki prowadzenia samochodu i tyle. Ale powtarzam ja nie pamiętam aby były jakieś bezpośrednie dowody na użycie hamulca ręcznego.
Po wyłowieniu samochód miał otwartą szybę po stronie kierowcy - tędy oboje musieli się wydostać na zewnątrz samochodu. Pojawiły się spekulacje co do tej szyby. Nie da się stwierdzić czy szyba była otwarta przed wjechaniem do wody czy też Marta otwarła ją ratując się z samochodu. Nikt nie może bez odpowiedniego eksperymentu stwierdzić do którego momentu od takiego zetknięcia się z wodą jakie wtedy miało miejsce istnieje możliwość otwarcia szyby (zakładam że w samochodzie szyby były otwierane elektrycznie). Chyba że komputer pokładowy w tym modelu pojazdu zapisuje takie zdarzenia z podaniem czasu, tego nie wiem. Ale można było by skonsultować to np. z producentem samochodu. Jeśli komputer pokładowy w tym samochodzie zapisuje drobiazgowo różne zdarzenia, mogło by to być dodatkowe źródło informacji w procesie. Gdyby istniały nagrania z miejskiego monitoringu z trasy przejazdu także mogły by rozwiać wątpliwości w tej materii. Gdyby się więc okazało, że szyba była otwierana dopiero po zderzeniu z wodą mógłby to być ważny argument obrony.
Moim zdaniem bez większego zagłębiania się w ten szczegół, nie ma znaczenia czy Marta otwarła szybę samochodu wcześniej, np. rozmawiając z Csabą kiedy zatrzymał ją w drodze na plażę, a potem nie zamknęła z uwagi na dynamikę wydarzeń, czy aby zapalić papierosa, czy dopiero na końcu w wodzie, aby ratować się od śmierci. Ważne jest to, że to było dla nich okno życia. Dla nich, bo skoro Csabę znaleziono na plaży, a nie w samochodzie z pewnością wydostał się o własnych siłach z pojazdu – przez to okno właśnie.
Nie wiemy także w jakiej pozycji samochód znalazł się w wodzie, bo to wiele zmienia. Teoretyzuję: w tym samochodzie silnik jest z przodu – czyli środek ciężkości jest przesunięty do przodu z tego względu myślę iż powinien spadać pod kątem w stosunku do drogi od 0 do – 90stopni. Przyjmijmy połowę czyli -45 stopni. Mógł więc wpaść na tyle płasko aby czas jakiś pływać jak amfibia. Wtedy było by więcej czasu na otwarcie okna. W jednej z wypowiedzi Marty znalazłem informację, że po spadnięciu samochodem z nabrzeża zdążyła mu powiedzieć „patrz, co ty narobiłeś”, (czy coś znaczeniowo ekwiwalentnego) zaś ostanie słowo Csaby brzmiało „uciekaj”. To sugerowało by jedną rzecz, mianowicie to iż wpadli do wody na tyle płasko iż mogli sobie pozwolić na kontakt słowny, który w wodzie jest niemożliwy zaś w pozycji nienaturalnej mocno utrudniony. Więc może nie tak szybko nabierali wody?
Powyższe dywagacje można by zamknąć za pomocą prostego podsumowania: Marta relacjonowała, iż po wpadnięciu do wody samochód przechylił się na lewy bok (czyli od strony pasażera), a okno zostało otwarte już w wodzie. To tłumaczyło by iż można się było z niego wydostać jedynie przez okno kierowcy. Podczas prób wygramolenia się z samochodu znajdującego się na boku, mogła być także poruszona dźwignia hamulca ręcznego.
Dlaczego więc przeżyła Marta a Csaba nie? Odpowiedź mogłaby być prosta: wypadek i wszystko co zawiera się w definicji takiego zdarzenia. To co podałem powyżej, czyli gdybanie na temat ewentualnej kontuzji chłopaka, na temat okna, można by uzupełnić słabym stanem fizycznym Csaby (brak snu, długi stres i spadek nastroju spowodowany zerwaniem, albo raczej brakiem perspektyw na związek z Martą), brakiem chęci do życia, spowodowanej zawodem miłosnym – może z tego powodu mniej zażarcie walczył, czy może wreszcie nieobyciem w wodzie ma oczywiście swoją wagę. Jednak w porównaniu do dynamiki tych kilku chwil kiedy to dwoje ludzi walczy o życie staje się małe, malutkie. Nie wiemy i chyba nie potrzebujemy wiedzieć czy Csaba walcząc o życie złapał Martę za nogę czy mogąc ją złapać tego zaniechał aby to ona się uratowała. Nie ma potrzeby tworzyć tu bardziej dramatycznej literatury miłosnej. To co mamy w warstwie faktologicznej jest już i tak wystarczająco intensywne. Ofiary takich wypadków mają czasem wielkie braki w pamięci dotyczącej tych chwil, więc nie powinno dziwić iż relacje Marty są małoprecyzyjne.
Wróćmy do wydarzeń tragicznego poranka w Arklow. Po wydostaniu się z wody.

Marta Znajdowała się w hipotermii. Jak relacjonował jeden ze znajomych, trudno było mu ją poznać, była fioletowa, nie miała czucia w palcach. Niewątpliwie była w ciężkim szoku powypadkowym. Nie pamiętała dokładnie przebiegu wypadku. Znalazła się także na jakiś czas w szpitalu. Tam też ją przesłuchano, bez tłumacza i adwokata. Przesłuchiwanie kogoś kto potrzebuje raczej wsparcia psychologicznego to najłagodniej mówiąc pomysł nie najszczęśliwszy, ale Policja na całym świecie niekoniecznie emanuje empatią i delikatnością. Faktem jest, że człowiek w takim szoku może wiele rzeczy wypowiedzieć małoprecyzyjnie. Mówiąc wprost może nie wiedzieć o czym mówi. Zwłaszcza kiedy konwersacja odbywa się w obcym języku. Nad prawnymi aspektami tego zagadnienia pochylali się już jak czytałem wybitni prawnicy. Wynika z tego iż naruszono tu w poważny sposób prawo. Ja tylko nadmienię iż w toku owych przesłuchań czy raczej nawet luźnych rozmów z personelem szpitala padło sławne zdanie : „I drove into the water" co dla Polaka nie oznacza nic więcej ponad informację iż wjechałam do wody. Ale wyczuleni na punkcie niuansów swojej gramatyki Irlandczycy czepili się tego jak rzep psiego ogona. Aby z tego jednego zdania próbować wysnuć rzekome przyznanie się do winy umyślnego morderstwa. Tak wypowiedziane zdanie oznacza bowiem oczywiście znalezienie się w wodzie, ale z intencją takiego właśnie działania. Aby jedynie poinformować o wjeździe do wody należało by owo zdanie nieco inaczej skonstruować gramatycznie. Albo np. zamiast „wjechałam” zastosować słowo „wpadłam”. Dywagacje gramatyczne w kontekście takiej tragedii to jest nonsens, rzecz jasna - nic nie znacząca błahostka. Nawet nie ma co pisać na ten temat. Każdy chyba rozumie iż obcokrajowiec nie dostatecznie wykształcony językowo w chwili kryzysu nie pomyśli o poprawnej angielszczyźnie. O dziwo, jednak stało się to jednym z mocniejszych argumentów oskarżenia!
Po powrocie do domu tamtejsza Policja – Garda zabezpieczyła i przebadała komputer Marty i telefon. Odbyła się seria przesłuchań, po jej zakończeniu Marta wróciła na miesiąc do Polski. Intensywność wzajemnych spotkań z Gardą w połączeniu z przyjaznym charakterem Marty zaowocowały tym iż owe kontakty na tyle okazały się nieformalne iż Policjanci poprosili o przesłanie widokówki z Polski. Marta oczywiście posłała im widokówkę, a nawet kilka. Proszą to ślę, a czemu nie. To przecież normalne. Ludzie listy piszą... Tymczasem niewinna kartka pocztowa stała się asumptem do większych ataków na Martę i dodatkowych oskarżeń. Do jednej z pocztówek Marta przykleiła monetę 1 groszową, ot tak na szczęście i życzyła wszytkiego dobrego. Prasa irlandzka grzmiała iż kpi z wymiaru sprawiedliwości. Odpowiednie służby wszczęły chyba nawet dochodzenie w sprawie korupcji. Trudno było odszukać który to oficer przywłaszczył sobie ten majątek. Słowem najśmielszy scenarzysta nie wymyślił by takiej sekwencji, bo zarzucono by mu iż to nieprawdopodobne. Tymczasem taka była rzeczywistość. Wróćmy jednak do chronologii zdarzeń.
Gdy Marta ponownie przyjechała do Irlandii (09/10.2013) nie wiodło się jej już dobrze. W starym miejscu pracy nie mogła znieść wspomnień. W innym miejscu się jej nie powiodło. Po pewnym czasie została aresztowana (10.10.2014). Wkrótce uwolniona za poręczeniem majątkowym, z ustanowionym dozorem policyjnym i zakazem opuszczania kraju. Postawiono jej zarzut morderstwa z premedytacją. Po trwającym miesiąc procesie poszlakowym skazano na dożywotnie pozbawienie wolności. (28.07.2016) Proces był jawny, przynajmniej to odróżnia to postępowanie od podobnego a znanego z Kafki. Naszą rolą jest nie dopuścić aby analogia do „Procesu” znanego z literatury, była pełniejsza. Wiele już też na temat nieprawidłowości w śledztwie i procesie Marty napisano i wypowiedziano. Pozwolę sobie jedynie skonkludować iż procedury sądowe nie zostały dochowane. Poszlaki były tak słabe (niechęć do związku z Csabą, otwarte okno, lekki strój Marty...), że poważny sąd nie powinien nawet rozpatrywać owej sprawy. Śledczy nie przedstawili żadnego poważnego dowodu który w jakikolwiek sposób wspierał by akt oskarżenia. Zaś okoliczności i presja społeczna, podsycana przez skrajnie nieprzychylną prasę powodowały odczucie że wyrok został wydany poza sądem i niezależnie a nawet wbrew faktom.

Zdaję sobie sprawę iż opis który stworzyłem jest obarczony pewnymi wadami, ma on również luki i niedopowiedzenia, a także nieścisłości. Winę za to mogą ponosić źródła z których korzystałem. Są one dość bogate, ale czasem nie precyzyjne i wielu przypadkach wtórne. Celowo zdecydowałem się nie pominąć niektórych domysłów, aby tok rozumowania był bardziej uczciwy i autentyczny.


Marta Herda - obraz
autor: Marta Herda - obraz namalowany w więzieniu

Jak sprawę widzieli Irlandczycy

W poprzednim rozdziale w jak najbardziej rzetelny sposób i na ile potrafiłem przedstawiłem fakty, pozwoliłem sobie na kilka spekulacji i domysłów, jednak w każdym przypadku sygnalizowałem ową niepewność.

Wracając do meritum sprawy. Jak można sobie wyobrazić, że człowiek o zdrowych zmysłach, a taka Marta była (cały mój wywód nie pozostawia wątpliwości co do tego, poczytalności Marty nie zakwestionował nawet irlandzki sąd), może zabić innego człowieka kładąc na szali swoje własne życie? Jaki miałby wtedy cel? Co miałby osiągnąć? A w przypadku tego zdarzenia prawdopodobieństwo śmierci było bardzo wysokie. Dodatkowo nie można znaleźć w historii Marty niczego co mogło by sugerować jej zdolność do planowania jakiejkolwiek zbrodni. Można by się zaś doszukać bez trudu wątków wręcz przeciwnych i zaprzeczających takiej tezie. Dalej, nie zabija się człowieka do którego żywi się trudne, ale jednak pozytywne uczucia. Nie zabija się własnymi rękami człowieka, którego mogło się pobić rękami innych ludzi. Oczywiście także człowiek myślący choć trochę rozsądnie, nie zabija człowieka w tak jawny sposób z obawy przed konsekwencjami. Szczególnie nie mając odpowiedniego stopnia pewności że zamiar się powiedzie. Zwłaszcza że pracując wspólnie, spożywając posiłki razem można uciec się do innych subtelniejszych sposobów i przy tym mniej ryzykownych. Takich na które ktoś planujący morderstwo za pewne by wpadł, a zwłaszcza ktoś tak wyrafinowany jakim zdaniem sądu była Marta. Jak można sobie wyobrazić planując taką zbrodnię, że silny mężczyzna pozwoli się zabić słabej kobiecie w taki sposób, że nie zauważy niczego podejrzanego i pozwoli się ot tak wrzucić do morza w samochodzie i tam utopić, że podczas walki o życie nie pociągnie w otchłań i swego mordercy? Jak można zakładać iż Marta zaplanowała tą zbrodnię w najdrobniejszych szczegółach, a nie pomyślała o ogromnym wręcz 100% ryzyku utraty życia, na jakie się naraża? O wielości zmiennych których niepodobna kontrolować. Ciekaw był bym opinii kaskaderów czy żołnierzy ze służb specjalnych. Jakie jest prawdopodobieństwo że amatorka o parametrach i wytrenowaniu Marty, wykona taki „numer” bez zabezpieczenia i asekuracji pod wodą i klatki ochronnej w samochodzie. Według oskarżenia rzekomo wcześniej otwarte okno i dopasowany strój to miała być pewna polisa na życie dla Marty. Według sądu to miało przechylić szalę zwycięstwa w zetknięciu z rozpędzonym samochodem, taflą wody, wzburzonym, zimnym morzem i 100 kg atletą obok. Widzę tu ogromną sprzeczność w linii oskarżenia, bo jeśli Marta pomimo to wszystko położyła na szali swoje życie, dla powodzenia swojego projektu to albo była niepoczytalna i wtedy powinna siedzieć w szpitalu psychiatrycznym, albo jest to po prostu niemożliwe. Jak w końcu wytłumaczyć że człowiek winny zbrodni (a będący poczytalnym) wraca dobrowolnie w ręce kata. Marta przecież po krótkim odpoczynku w Polsce, wróciła do Irlandii. W porównaniu z argumentacją zamieszczoną powyżej to błahostka, ale jak można wydać dużo pieniędzy na upiększanie swojego samochodu (wymiana pokrowców foteli) po to by za kilka godzin go zniszczyć. Irlandzki wymiar sprawiedliwości oczywiście to wszystko rozumie. Całkiem jednak na opak.
Nieodzownym elementem w takim procesie jest wskazanie motywu. Jaki Marta miała by mieć motyw aby zabić Csabę? Wysilając na poważnie wyobraźnię i abstrahując całkowicie od faktów widział bym tylko jeden : uwolnić się od natarczywych zalotów. Zakładając hipotetycznie że Marta jest pozbawiona uczuć wyższych, ale za razem jest nad wyraz inteligentna i przebiegła to po co miała by zabijać chłopaka skoro werbalna skarga do jego rodziny dotychczas dobrze działała (z relacji wiadomo że po takiej skardze kilka tygodni był spokój z Csabą). Nielogicznym było by sięgać po skrajnie ryzykowną broń i rozwiązanie ostateczne mając pod ręką rozwiązanie dzięki któremu cele były by osiągnięte, ale bez nadmiernego ryzyka - choćby pobicie oferowane przez znajomych. Żadną miarą ani motyw, ani poszlaki nie wytrzymują najprostszej krytyki. Według mojego stanu wiedzy wszystko na czym oparł się sąd do mgliste domysły i fantasmagorie.
Poniżej w wielkim skrócie pokażę co Irlandczycy : organy ścigania, wymiar sprawiedliwości, prasa zrobili z historii Marty.

W 2006 roku przyjechała do nas młoda Polka. Otoczyliśmy ją opieką i to pomimo obaw iż zabierze pracę naszym dzieciom i sąsiadom, zaś na pewno stawki spadną... Co prawda z początku mogła wykonywać, tylko taką pracę jakiej i tak nikt z naszych nie chce. Ale byliśmy bardzo tolerancyjni, bo faktycznie była sympatyczna, płaciła za wynajem, rozmawiała trochę po angielsku, robiła zakupy w naszym sklepie....
Z czasem niepokój na prowincji narastał. Obserwowaliśmy wzrost liczby Polaków. Ceny nieruchomości rosły, pracy nie było dla naszych, różni inni imigranci zaczęli się pojawiać.
Marta bo tak się nazywa ta Polka której pomogliśmy się odnaleźć w naszym kraju odniosła sukces na swoją miarę ... ładny samochód sobie kupiła. Ubierała się jak modelka, miała coraz to wyższą stopę życiową.
To wszystko jednak była warstwa zewnętrzna. W środku tkwiła jej właściwa natura. Natura morderczyni. Rozkochała w sobie jednego Cygana aby go zabić. Pewnie rasistka, jak to Polacy, uważała że gorszy, to go zabiła żeby nie było kłopotów i o jednego Cygana mniej!
Zbrodnia była dobrze zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Niewiarygodne jak to było możliwe, tu w Arklow, a jednak. Przygotowywała się do tego od lat, często rano jeździła nad morze. Żeby dobrze poznać drogę, wybrać miejsce i aby zorientować się kiedy nie ma tam nikogo. Pływała też w zimnej wodzie aby się przyzwyczaić. Nikt jej w prawdzie nie widział, ale po co by tam jeździła co rano? To było dobrze zaplanowane morderstwo. Zadbała o wszystko. Udając chęć wspólnego życia, podstępnie zwabiła biednego zakochanego mężczyznę do swego samochodu. Wcześnie rano żeby nie było ludzi na mieście. Prawdopodobnie obiecała mu randkę przy wschodzie słońca. Celowo wybrała też chłodny dzień. Zawczasu otwarła okno w samochodzie i pojechała nad morze. To wyjątkowo wyrachowana i zimna kobieta. Nawet wieczorem w przeddzień zabójstwa wymieniła pokrycia w samochodzie – kupiła bardzo drogie, skórzane żeby mieć dodatkowe alibi. W pewnej chwili na drodze śmierci chłopak się pewnie zorientował że ona chce go zabić, zaczął krzyczeć, próbował się ratować. Ale co tam, ona była silniejsza od niego. Siłą determinacji i żądzą zabójstwa. Nie było ważne, że ważył dwa razy więcej i był wysportowany. Ona nawet prowadząc samochód potrafiła go okiełznać. To modliszka. Takie to typowe dla tego dzikiego kraju, z którego pochodzi. W końcu dopięła swego, przyspieszyła. Samochód wyłamał barierkę, a ona ? Zaparła się o kierownicę, nabrała powietrza i czekała. Kiedy opadli na dno rozpięła pasy i najspokojniej wypłynęła z samochodu, przez owo otwarte uprzednio okno właśnie. Ubrana była w obcisłe rzeczy żeby nie utrudnić sobie pływania. Poczekała chwilę na falochronie on też wypłynął. Wtedy nie pozwoliła mu zaczerpnąć powietrza. Jak utonął, morze poniosło go jeszcze parę mil - wypłynął daleko. Siedziała tam jeszcze, trochę się poobdzierała i wychłodziła - dla lepszego efektu, w końcu pobiegła do domu. Gdzie została ujęta przez naszą Gardę. Z początku służby dały wiarę wyjaśnieniom sprytnej morderczyni i puściły ją wolno. Pojechała nawet do Polski. Ona także z tej Polski przysyłała kartki z kpinami. Chciała wyśmiać cały nasz kraj. Drwiła jawnie z Irlandii która ją tak otwarcie i ciepło przygarnęła. Zakpiła z nas wszystkich. Gardę chciała jeszcze przekupić przesyłając im pieniądze. Po tym wszystkim wróciła do nas. Niebywałe ! Niewiarygodny wprost tupet. Jak można zabić z zimną krwią niewinnego, zakochanego w sobie człowieka. Ot tak, bo był Cyganem, bo był nieodpowiedni, bo chciał się nią spotykać? Nie do pomyślenia: Zabić człowieka samochodem. Własnym samochodem i to prowadzonym przez siebie samego. Conan Doyle by tego nie wymyślił ! Wróćmy jeszcze do tego, bo to ważne: wymknąwszy się sprawiedliwości kpić z kraju w którym się tyle dobrego doświadczyło i jeszcze bezczelnie wrócić. Wrócić tylko po to aby żyć z naszych podatków. Aby brać zasiłek od nas. Ona morderczyni, wystawiła na pośmiewisko Irlandię i jeszcze wróciła aby grać nam na nosie. Tego było za wiele. Nasz wymiar sprawiedliwości poważnie wziął ją w obroty. Dochowano w prawdzie starannie, najstaranniej, jak na poważny kraj europejski przystało wszelakich procedur procesowych, łącznie z wyznaczeniem odpowiedniego adwokata z urzędu, który wymyślił jej dobrą linię obrony. Chciał pomóc jej mimo wszystko, nie pozwolił nic mówić na rozprawie, bo jeszcze coś by biedaczka powiedziała na swoją zgubę jeszcze większą, oczywiście. Na szczęście nasz sąd się na tym poznał i wymierzył jej maksymalny wymiar kary – zarezerwowany tylko dla wyjątkowo zwyrodniałych bandytów nie wyrażających żadnej skruchy i nie rokujących poprawy. Prawda musiała zatriumfować. Pomimo iż oskarżona nie przyznała się bezpośrednio w procesie do winy poszlaki były aż nadto silne.
Nie ma zbrodni doskonałej, nawet ona (jak wszyscy znani mordercy) popełniła błąd. Pamiętamy jak zeznawała pielęgniarce która ją opatrywała po morderstwie „I drove into the water" . To wyjaśnia wszystko! Jakie to szczęście iż pielęgniarka mieszka blisko członków palestry i przypomniała sobie o tym nawet po latach (cóż za pamięć) i wiedziała komu to niezwłocznie donieść. Patrzcie Państwo morderczyni popełniła niewielką niedyskrecję, z pozoru mało znaczącą, przez którą jak lawa wypłynęła cała prawda o tej Ice Queen Killer.


Ktoś powie, że nieco nagiąłem niektóre fakty. Może i tak. Ale co w takim razie można napisać o tych którzy z owego wypadku zrobili morderstwo zaś z jednej z ofiar morderczynię? Rzecz jest tak na prawdę w tym iż gdyby podobnej natury myślenie nie dominowało wtedy w Irlandii, Marta pewnie teraz mieszkała by w Polsce, spacerując czasem po Lublinie z dzieckiem i uzupełniając wykształcenie. Tymczasem ona jest zamknięta we więzieniu bez realnych perspektyw na wolność, tracąc tam najlepsze lata życia. Dlaczego więc tak się stało? To pytanie powraca, bo musi powracać. Można by napisać iż przebogata literatura detektywistyczna w języku angielskim za bardzo wpłynęła na umysły śledczych i sędziego, za mocno podziałała na nastroje irlandzkiego społeczeństwa. Albo że tamtejsza prasa chciała mieć super newsa z prowincjonalnego Arklow. Ale można by też się zastanowić czy przepadkiem nie było tak iż szukano kozła ofiarnego. Aby poświęcić go na ołtarzu problemów wewnętrznych tamtego państwa. Może po to aby pokazać zło płynące z emigracji. W tym przypadku rzekome zło płynące od strony Polaków. Jeśli nie to co ? Ślepy przepadek? Jak inaczej wyjaśnić to co się wydarzyło?


Marta Herda - obraz
autor: Marta Herda - obraz namalowany w więzieniu

Na koniec

Wszystkie fakty i okoliczności, moim zdaniem jednoznacznie wskazują na to iż w wyniku nieszczęśliwego zdarzenia zginął człowiek. Samochodem wtedy kierowała Marta. W tym sensie to ona odpowiada za śmierć Csaby. Choć prawdę mówiąc nie wiemy na ile, to jego zachowanie w samochodzie było przyczyną owego dramatu. W naszej kulturze nie rozpatruje się jednak winy zmarłych, bo oni jakby w domyśle, jeśli jakąś winę by ponosili to już odebrali karę i to najsroższą. Na tym powinna się zakończyć ta sprawa. I tak przecież Marta żyje i będzie żyła do końca życia z wielkim ciężarem tej śmierci.
W tej sytuacji w której Marta się aktualnie znajduje została bardzo poważnie i niesłusznie skrzywdzona. Skrzywdzona przez wymiar sprawiedliwości Irlandii, przez część tamtego społeczeństwa.
Aby to zabrzmiało jasno i dobitnie: nie wierzę w winę Marty. Nie wierzę, że z premedytacją zabiła Csabę. Dla mnie, teraz ona jest ofiarą i cierpi niesłusznie. Niesłusznie cierpi i ona i jej rodzina. Co więcej potrzebują pomocy.


Apel

We mnie zaś oprócz zrodzonego ogromnego współczucia cierpi też poczucie sprawiedliwości. W tej chwili rodzina Marty jest niejako naszą rodziną. Marta jest nam siostrą, przyjaciółką, sąsiadką. Kim tam chcecie. Można mieć swoje zdanie na temat Marty, nie aprobować jej wyborów. To są dalsze sprawy – mniej istotne. Tu chodzi o jej wolność – odebraną niesłusznie. Chodzi o to aby pomóc jak się tylko da. Choćby popularyzując wiedzę o jej dramacie. Warto pukać do wszystkich możliwych drzwi. Nie pozwolić zapomnieć, czy to politykom czy różnorakim organizacjom. Jest w Polsce – ważne słowo, ważne szczególnie tu : solidarność. W imię solidarności winniśmy pomóc Marcie. Dlatego, że cierpi niesłusznie i że jest naszą rodaczką. Dobrze by było aby każdy w swoim sumieniu rozważył na co może sobie pozwolić i to zrobił. Pamiętajmy ona cały czas czeka na swoją wolność. Wolność, którą jej niesłusznie odebrano. Może jednak ktoś mieć wątpliwości co niewinności Marty. W tym kontekście warto przypomnieć iż w procesie karnym (przynajmniej w nowoczesnym, współczesnym sądownictwie) fundamentalną jest zasada domniemania niewinności. Oznacza to iż oskarżony pozostaje niewinnym dopóki jego wina nie zostanie udowodniona i to ponad wszelką wątpliwość. Analizując poszlaki na podstawie których skazano Martę nie da się doszukać zastosowania owego kardynalnego dogmatu. Już to jest wystarczającym powodem do udzielenia jej pomocy.












Ważne echa artykułu

zaniedbania i błędy procesowe , ślad na asfalcie , otwarte okno

12/13.02.2019 otrzymałem ciekawe listy od Davida Shortta ... owe listy zainspirowały mnie do głębszych rozważań w kilku ważnych sprawach.
David Shortt, jak napisał jest irlandzkim inżynierem. Uczestniczył osobiście w końcowej fazie procesu Marty. Po przeczytaniu mojego artykułu natychmiast napisał do mnie, wyrażając się niezwykle pochlebnie o treści i tezach tam zawartych. Podzielił się też od razu swoją wiedzą i refleksjami w sprawie procesu i wyroku. Jest zbulwersowany nieprawidłowościami które tam zaobserwował.
Shortt zwraca szczególną uwagę na zaniedbania i błędy dotyczące gromadzenia i zabezpieczenia materiału dowodowego, popełnione przez ekspertów sądowych. Jak również podnosi kwestię kompetencji, zaangażowania jak i niedbalstwa adwokata, między innymi w kontekście analizy i interpretacji owych dowodów. Ja w swoim opracowaniu zdecydowałem się pominąć pogłębioną analizę niektórych szczegółów sprawy, aby nie zaciemniać obrazu. Taka analiza dokonana przez Irlandczyka może wydawać się bardziej obiektywna. Tym bardziej to stanowisko jest cenne. Za zgodą autora dołączam jego opracowanie: Sprawa Marty Herdy – według Davida Shortta.
Twórca dokumentu dużo miejsca poświęca tam sprawie analizy śladu hamowania pozostawionego na asfalcie w okolicy miejsca wypadku. Przypomnę iż na miejscu wypadku był ślad hamowania jednej opony. (długość śladu: 13 stóp, czyli około 4m). David twierdzi że ów ślad nie pochodzi od hamownia hamulcem ręcznym (co było interpretacją oskarżenia, więcej na temat owego kontekstu w moim opracowaniu powyżej) ale najprawdopodobniej był spowodowany awarią hamulca zasadniczego. A ścisłej układu ABS w tym samochodzie.
Mniej zorientowanym (nim wrócę do rozważań Davida Shortta) przybliżę dla jasności istotę problemu. Układ ABS w samochodzie ma za zadanie przeciwdziałać blokowaniu się hamulców – chodzi o to aby podczas hamowania, koła wciąż się toczyły, jednak na granicy przyczepności. ABS po prostu zapobiega blokowaniu się hamulców wymuszając hamowanie pulsacyjne. To umożliwia uzyskanie najkrótszej drogi hamowania. W związku z tym podczas gwałtownego hamowania, ślad na jedni samochodu w którym układ ABS zadziałał prawidłowo będzie inny niźli w przypadku samochodu bez ABS. Stąd jak sądzę sąd wysnuł przypuszczenie o użyciu hamulca ręcznego.
Ciekawe jest iż na asfalcie zidentyfikowano, jak mi wiadomo ślad hamowania jednego koła. To mogło by bardzo dobrze współgrać z założeniem awarii ABSu, zaś słabiej z teorią awarii hamulca ręcznego - przecież hamulec ręczny także działa na dwa koła. Dlaczego więc łatwo można było założyć iż z powodu awarii, hamulec ręczny działał tylko na jedno koło, a nie można by przypuścić iż awarii uległ hamulec zasadniczy?
Ja osobiście nie znam aż tak dobrze przebiegu procesu jak David Shortt, on jednak także potwierdza, że nie ma w oficjalnym raporcie z oględzin samochodu informacji o zaciągnięciu hamulca ręcznego. Stąd wynika, iż tylko ze śladów hamowania na asfalcie wysnuto wniosek o jego użyciu. Co więcej, wiele na to wskazuje iż ów wniosek jest błędny. To było by bardzo istotne – kolejny miażdżący argument przeciw poszlakom w sprawie. Wróćmy do Shortta. Według niego sprawa awaryjności układu ABS w tym modelu samochodu była powszechnie znana. Nawet producent (Volkswagen) publikował noty serwisowe odnośnie tego zagadnienia a dotyczące dokładnie tego modelu i rocznika którym jeździła Marta. Są one dostępne w dołączonym opracowaniu Davida Sprawa Marty Herdy – według Davida Shortta. Nie będę tu wnikał w szczegóły techniczne bo choć dla mnie interesujące, to nieinżynierów mogło by to wprawić w pewne zakłopotanie.
W toku korespondencji David posłał też ciekawy i ważny film. Getting out of a submerged car alive. Ze wszech miar warto go obejrzeć choćby po to aby lepiej uzmysłowić sobie grozę sytuacji w której znalazła się Marta.
Bardzo ważnym i potwierdzającym wątpliwości podniesione w moim artykule jest fakt podany przez eksperta policyjnego z USA który w tym filmie się wypowiada. Mianowicie z doświadczeń które przeprowadzali wynika iż elektronika w zalanym samochodzie działa przez 10-12 minut, więc można pod wodą otworzyć okno ! Co i na ten także i sposób podważało by argumenty strony oskarżającej. Potwierdzając tym samym wersję Marty. Pamiętajmy, rzekomo otwarte okno, ślad na asfalcie i dopasowany strój to były główne poszlaki prowadzące do skazania Marty na dożywocie.

© 2007-2019 Lesław Obłój